Bo trawa jest tam bardziej zielona?

Prinzenpark. Miejsce, które tkwiłoby w moich wspomnieniach jako utopia, gdyby nie to, że różni się od niej jednym, ale tak ważnym faktem – ono rzeczywiście istnieje. Położony gdzieś na wschodzie Braunschweigu, od którego dzieli nas znacznie więcej niż blisko sześćset kilometrów i około siedmiu czy ośmiu godzin drogi. Park, którego nie okalecza się prostą, słownikową definicją – zwykły kawałek ziemi porośnięty trawą. Prinzenpark to pewien symbol, tętniący życiem dlatego, że nie tworzą go szeregi równo posadzonych drzew i zielona murawa, lecz tworzą go ludzie: ich zainteresowania, poglądy, wspólnie spędzany czas, rozmowy, zabawy… i o wiele, wiele więcej.

Spędziłam w Niemczech miesiąc, który wystarczył mi, by poznać wielu ludzi i stać się na ten czas ich częścią. Nie musiałam jednak rozpychać się łokciami, reklamować swą osobę ani ukazywać VIP-owskich przepustek, by przyjęli mnie jako równą sobie i traktowali tak, jakby mnie znali od dawna. Otwartość, śmiałość w nawiązywaniu kontaktów, brak uprzedzeń i serdeczne nastawienie do drugiego człowieka to podstawa. Młodzież, którą tam spotkałam, jest na tyle tego świadoma, by z jednej strony uważać to za oczywistość, a z drugiej – cały czas doceniać i szanować, a nie traktować jako automatyczny nawyk, nad którym nikt specjalnie się nie zastanawia. To ich własna filozofia, którą wspólnie wyznają i pielęgnują, która łączy ich w jedno, mimo istniejących różnic.

Nie musiałam być za każdym razem przedstawiana przez moją kuzynkę, by z niewiarygodną swobodą nawiązywać kontakty ze spotykanymi w różnych miejscach ludźmi. Oni sami podchodzili i z uprzejmą ciekawością pytali, jak mam na imię, skąd jestem, co tutaj robię, jak mi się podoba w Braunschweigu, jak wygląda moje rodzinne miasto i tak dalej. Bez żadnych zbędnych wstępów i wprowadzeń rozmawiali ze mną jak z bliską osobą, opowiadali mi wiele od siebie, odpowiadali na moje pytania i zadawali własne, w dodatku w taki sposób, że czułam, że są tym szczerze i serdecznie zaciekawieni. Nie usłyszałam ani jednego złego słowa na temat mojej narodowości, nie odczułam żadnej niechęci, ani nawet krzty zniechęcenia drobnymi problemami z porozumieniem, wynikającymi oczywiście z różnych języków. Nikt ciężko nie westchnął, kiedy dowiedział się, że musi przełączyć się na tryb: „uwaga, bariera w komunikacji”. Niemiecki, angielski, polski, migowy, najzabawniejsze ich połączenia, a nawet rysunki – to nieistotne, bo jakkolwiek nasza komunikacja bywała kulawa, dzięki ich dobrej woli i entuzjazmowi rozmowa zawsze była możliwa.

Szczególnie jednak zachwycił mnie sposób spędzania czasu tych ludzi. Prinzenpark jest miejscem, w którym najczęściej gromadzi się młodzież i nie tylko. Ludzie oddają się tam swojej pasji (rysowanie i struganie w drewnie jest w Prinzenpark tak samo częste, jak taniec z ogniem czy wędrowanie po linie przywiązanej do dwóch drzew), lub siedzą na trawie w dużych grupach, wśród których – co również jest niesamowite – prawie zawsze znajdzie się znajoma twarz. A nawet jeśli ktoś siedzi sam – to tylko kwestia kilku, może kilkunastu minut, a już po chwili ktoś zupełnie obcy podejdzie, przedstawi się i zaprosi do reszty paczki. Jednak najbardziej zainspirowało mnie to, w jak piękny sposób ci ludzie łączą dwa aspekty, które gdzie indziej uznane byłyby za wykluczające się, skrajnie odległe, niemożliwe do pogodzenia… Miła atmosfera. Ludzie siedzą w parku, na trawie, wyciągając się w słońcu, pijąc coś i jedząc, śmiejąc się, bawiąc znakomicie. O czym mogą rozmawiać? Na pewno o niczym poważnym – filozoficzne ględzenie nadaje się tylko do nudnych, górnolotnych debat. Otóż nie! Tematy były najróżniejsze – od zupełnie błahych, poprzez żartobliwe, aż po całkiem poważne zagadnienia dotyczące kultury, społeczeństwa, polityki, religii… Każdy miał swoje własne przemyślenia, własne koncepcje, choć często nietypowe i oryginalne, jednak nie będące formą „kopiuj-wklej”, czyli: boję się myśleć samodzielnie, ponieważ kiedy do wpajanej mi formułki myślenia dodam coś od siebie, to zaczynam odstawiać od większości i przestaje być łatwo, wygodnie i bezpiecznie. „Każdy” powiedziałby tam raczej tak: Nie mam na celu przekonywania innych do swoich poglądów, bo nie uważam ich za lepsze czy gorsze od innych, ale być może znajdzie się ktoś, kto się nimi zainspiruje, kto zachowa sobie choćby niewielki ich element. To samo dotyczy również mnie – chcę, aby inni podzielili się ze mną swoimi przemyśleniami, a nawet, jeśli nie przyjmuję ich punktu widzenia, to szanuję, że mają coś od siebie do przekazania i są otwarci. Oto prawdziwy sens filozofii w takim rozumieniu.

A teraz, jak tylko dobiję ostatni łyk kawy, udam się na spacer do najbliższego parku w Bydgoszczy. Czy jest szansa, bym mogła odnaleźć tam cząstkę tego świata? Czy chociaż będę potrafiła wyobrazić sobie co by było, gdyby tchnąć w tych ludzi ideę Prinzenpark? Na razie wolę trzymać w ryzach moje tęsknoty, ponieważ wystarczy, że nie spuszczę wzroku na chodnik, przechodząc naprzeciw obcej osoby i już mogę przygotowywać dla siebie zimny okład i całe pudełko plastrów. Zawsze w tym momencie ciśnie się na usta odwieczne pytanie: dlaczego tak jest? Czy to ta trawa w Prinzenpark jest bardziej zielona niż tutaj?…

Milva

Legenda o czytaniu

Czym dla Ciebie jest książka? Pigułką na bezczynność, ostatecznym sposobem zabicia nudy? Kopalnią wiedzy poszerzającą Twe horyzonty? Zastępczym oddychaniem? Marnotrawstwem czasu? Przykrym obowiązkiem…?

Początkowo, kiedy odpowiedzi moich rówieśników na powyższe pytania skonfrontowałam z własną opinią, zadziwiała mnie skrajna niezgoda. Najczęściej okazywało się, że czytanie to czynność tak dla nich obca, jak dla przeciętnego średniowiecznego chłopa byłaby dzisiejsza technologia, z e-bookami włącznie (uwzględniając to, że nie opanował on nawet sztuki czytania i pisania). Nie chcę i nie będę powoływać się na tak skrajną opinię, że różnica między tamtymi czasami a obecnymi widoczna jest tylko i wyłącznie w możliwościach edukacji, jakie stawia przed nami XXI wiek i realia, w których żyjemy. Chcę jednak zwrócić uwagę na to, że dla wielu z nas możliwość ta nie jest wcale wspaniałą drogą (tak przecież jasną i prostą!), lecz kolejnym szmatem drogi, na który jesteśmy skazani, podczas gdy wygodniej byłoby przycupnąć sobie w miejscu. Nieważne, że najbliższa biblioteka znajduje się raptem kilka ulic od Twego domu, gdzie nie musisz wydać nawet grosza, by móc wypożyczyć książkę – zawsze będzie za zimno lub za daleko, żeby tam iść, zresztą po co, skoro lepiej obejrzeć kolejny odcinek serialu lub w coś sobie pograć?…

Kilka dni temu udałam się do księgarni, chcąc kupić lekturę. To chyba właśnie dialog ze sprzedawczynią ostatecznie popchnął mnie do poruszenia kwestii zainteresowania literaturą wśród rówieśników.

- Dzień dobry. Czy jest „Makbet”?

- Niestety chyba nie… Przykro mi, ale zostało tylko wydanie bez opracowania (sprzedawczyni odpowiedziała mi z wielce zrezygnowanym tonem).

- Nie szkodzi, poproszę. O takie właśnie mi chodziło.

(Sprzedawczyni, jakby ignorując to, co powiedziałam, dodała szybko):

- O, ale mamy tu jeszcze samo opracowanie!

Wydaje mi się, że owa sytuacja, mimo, że pozornie tylko jednostkowa, doskonale oddaje ogólny stan. Jeżeli książka, to co najwyżej lektura, skoro już trzeba. Jeżeli czytać, to z opracowaniem. Jeżeli nawet z opracowaniem jest to zbyt duży wysiłek, lub opracowania nie ma, to ewentualnie pofatygować się o streszczenie, nieważne, jak ciekawa i wartościowa (ba! – jak cienka) byłaby książka.

Kiedy jednak zdarza się czytać komuś nieprzymusowo, a z własnej woli, najczęściej wybiera książki (a) „proste, łatwe i przyjemne”, lub (b) te, które okrzyknięte są światowymi bestsellerami, choć przeważnie nadają się co najwyżej do tego, by podłożyć je pod kartkę, bo wygodniej się pisze. Książki takie mają prosty język, prostą fabułę, prosto wykreowane postaci, prosty przekaz – dlatego czyta się je PROSTO, łatwo i przyjemnie. Ale czy naprawdę o to w czytaniu chodzi? I czy nie wydaje się czasem, że odnosi się to nie tylko do samego czytania, ale to ogólnego spojrzenia na życie, do czegoś znacznie więcej?…

Pytasz, czy cokolwiek czytam? A wydaje ci się, że nie mam co do roboty?” Taki pogląd jest niestety dość powszechny i aprobowany przez „współwyznawców”. Nie czytać nie jest wstyd – wstydem jest czytać. Gdybym zaś ja zadała pierwsze dwa pytania, lecz w odniesieniu do gier komputerowych, telewizyjnych programów rozrywkowych, znanych internetowych stron, cotygodniowych imprez lub niewybrednych filmów, na pewno nie spotkałabym się z takim zrozumieniem, z jakim spotyka się wstręt do książek. Książki uważane są chyba za zarezerwowane dla niektórych tylko szaleńców, którzy się nimi interesują, ale nikt poza tym nie ma obowiązku poczuć choć trochę wstydu, że nie pamięta, kiedy ostatnim razem trzymał jakąś w ręku. Natomiast nieobejrzenie ani jednego odcinka najnowszej edycji programu „Jak gwiazdy zmywają naczynia?” jest nie do pomyślenia.

Stopień wysiłku i zaangażowania, jaki trzeba włożyć w to, by sięgnąć po książkę i ją przeczytać, jest wręcz śmieszny w stosunku do tego, ile niesie ona korzyści i przyjemności. Książka jest zawsze najbogatszym źródłem wiedzy i informacji, czynnikiem, który niewyobrażalnie poszerza nasze wszelkie horyzonty, nawet wtedy, gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy. Każda książka wpływa na to kim jesteśmy i kształtuje naszą osobowość. Książka pobudza wyobraźnię i pozwala oderwać się od rzeczywistości, lub – przeciwnie – poznać te zakamarki rzeczywistości, o których nie mieliśmy pojęcia, że istnieją. Wiedzą to ci, co kochają to, o czym inni nie mają pojęcia – spędzić całą noc z gorącą kawą, szelestem kartek i zapachem papieru…

Milva

Napisane w Milva. Komentarzy: 6 »
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.